O autorze
Maciej Witkowski - Warszawiak, który nigdy nie nauczy się stawiać przecinków w odpowiednim miejscu. Wielki fan twórczości Neila Gaimana. Zanurzony w dekadentyzmie. Wieszczący koniec współczesnego świata. Boi się, że kiedyś cały świat dowie się, że ogląda „Tap Madl”. Wśród znajomych głośnie skanduje nazwiska najbardziej wyszukanych reżyserów, by po powrocie do domu zanurzyć się w serialu „Californication”. Wolny czas poświęca na kino. Wierzy, że kiedyś osiągnie finansowy sukces w Polsce i to całkiem legalnie.

Słów kilka o smutnych Panach z ochrony.

Grube podeszwy stukają o bruk. Z nogi na nogę dumni Panowie przeskakują w oczekiwaniu na młodzieżowy spęd. Nic im nie umknie. Wszystko przejrzą. Dogłębnie spenetrują. W razie wątpliwości przełożonego zapytają. Pijanych nie wpuszczają. Wyglądających na pijanych też nie wpuszczają. Oni jedynie mogą wyrazić zgodę na przepuszczenie przez ich rentgenowskie spojrzenie.

Dojrzą obłudę w każdych oczach. Zwrócą dobitnie uwagę, że pytać nie warto, denerwować nie można, wyrazić opinię - broń Boże przed tym ! Bo wylecieć możesz - na zbity pysk i koncertu nie obejrzysz. Po artyście to właśnie oni są najważniejszym ogniwem wydarzenia. To w końcu dla nich na koncerty się przychodzi. Bo każdy pragnie być wymacany i potraktowany przedmiotowo. Zwrotów grzecznościowych nie używają, dla nich jesteś "Ty". Przedrzeć się przez ochronę bez nerwicy równa się wyczyn. Uśmiechów nie uznają. Są zbyt poważni. Profesjonaliści. Kretyni się tylko śmieją i Ci co mają coś do ukrycia! Dlatego przejrzeć wszystko muszą. Taka ich praca -trochę lotniskowa. Przemytników szukają, nikomu nie darują.




Raz na jakiś czas w każdym ochroniarskim rodzie przychodzi na świat ochroniarz jasnowidz. Moc jego jest duża i niezwykła. Doświadczyłem spotkania z takim typem człowieka i zapamiętam go do końca życia. Zmęczony po 20 godzinach pracy, chciałem się zrelaksować i do klubu na koncert się wybrać. Przy wejściu kolejek już nie było. Miejsca dużo. Papierosa dopaliłem, kawę dopiłem i przez stodole wrota się przedarłem. Na wejściu jasnowidz zagrodził mi drogę. Spojrzał swym przenikliwym wzrokiem w oczy moje, zasępił się przez moment, wyprostował, zagulgotał i rzekł pełnym wdzięku ale i pewności głosem - Ty nie przejdziesz, piłeś. Pot zalał mi czoło, myśli przepływały mi przez głowę, Boże, kiedy, jak wypiłem, czy ja już nie pamiętam ? Ochroniarz na mnie spojrzał i nie minęła chwila gdy rzekł: To co ? Wychodzisz, czy mamy ci pomóc ?. Zaskoczony pojąłem, że człowiek pomóc mi chciał, naprawdę zamartwił się moim stanem wskazującym na spożycie. Może nawet i bym się ugiął, może i z propozycji skorzystał ale wszakże tego dnia nie piłem. O kawie się nie przyznałem. Jasnowidz rozpoczął decydujące starcie. Telefon do przyjaciela czy koło ratunkowe ? Policja czy alkomacik ? Badanko czy wypad ? Nie wiedziałem co czynić. Zdałem sobie sprawę, że z prawdziwym diabelskim smokiem walczę. Podjąłem wyzwanie ! Gotowy byłem by dmuchnąć w uroczą rureczkę. Ochroniarz takiej sytuacji nie przewidział. Głos mu się załamał a zdał sobie sprawę, że wszystkie opcje poniżenia wykorzystał. Łatkę alkoholika mi przykleił przy znajomych.

Gotów byłem walczyć do upadłego ! Gdy tu nagle na horyzoncie, niczym wróżka w bajkach dla dzieciach, pojawił się przełożony przełożonego ochroniarza. Prawdziwy negocjator wychowany na amerykańskich filmach. W potężną dłoń alkomat pochwycił i zadał decydującego pytanie Pił Pan czy nie - Długo milczałem zaskoczony użyciem sformułowania "Pan". Odpowiedziałem w końcu, że nie piłem. Wróżka spojrzała na mnie i darowała mi winy. Wszakże każdy popełnia błędy. Bo pamiętajcie moi mili ale ochrona błędów nie popełnia. My jedynie utrudniamy ich pracę a za to są surowe konsekwencje. Miałem się o tym wkrótce przekonać.


Koncert zespołu Bastille okazał się do tego doskonałą okazją. Okoliczności sprzyjały. Dwugodzinne oczekiwanie na otwarcie klubu w mrozie i rosnącym glucie z nosa miało zakończyć się wspaniałymi doświadczeniami. A jakże ! Tak właśnie było. Wkroczenie na teren rozpoczęło żmudną procedurę utrudniania życia. Jasnowidz zamienił się w wiedźmę, która wietrzyła podstęp. Mój plecak stał się polem bitwy. Sokoli wzrok ochroniarza padł na tablet - Nie przejdziesz z tym ! - zakrzyknął ochroniarz wpatrując się we mnie mądrym wzrokiem. Wyglądał prawie jak Gandalf. Pojąłem wówczas, że igrzyska czas zacząć. Niepotrzebnie zadałem pytanie - Dlaczego ? Otrzymałem mądrą i filozoficzną odpowiedź - Bo nie! - Ale dlaczego ? - zadałem pytanie po raz kolejny. - Bo jest zakaz! To jaka decyzja. Wchodzisz czy nie ? 20 zł i zostajesz, albo nie zostajesz i wychodzisz! Mądrość jego słów dogłębnie mnie poruszyła, bo wszakże mogę wejść albo nie. Bazyliszkowy wzrok śledził tablet. Ochroniarz bał się, że mógłbym schować (może) w majtki i słuch by po nim zaginął. Mój sprzęt (elektroniczny) stał się zakładnikiem a obrońca ładu szukał następnych podejrzanych rzeczy. Miałem wszystko wyciągnąć z plecaka. Ekspresja jednak nie pozwoliła mi usiedzieć na miejscu, pragnąłem pomóc. Wyrzuciłem więc wszystko na piękną drewnianą ławkę. Dostałem drugie ostrzeżenie - Spokojnie, bo wyprowadzimy ! . Zostałem poproszony nawet o otworzenie teczki z dokumentami. Czegoś szukaliśmy...



Gdy ja walczyłem z zamkiem, ochroniarz pochwycić w dłonie maść na skórę i namiętnie się temu lekowi przyglądał. Za sprawą języka za pomocą którego się porozumiewamy odnalazł jednak wskazówkę. Maści jednak nie odłożył a odrzucił na pozostałe moje rzeczy. Grzebiąc pazurami jak sroka wynalazł mały portfelik na drobne. Otworzyć musiałem, drobne wyrzucić też. Wszakże to właśnie tam mogły znajdować się narkotyki!

Po długim i żmudnym przeszukiwaniu mojej własności, wymienianiu uprzejmości, otwieraniu książek i przeglądaniu kieszeni - nastał czas ostatecznego rozliczenia. Zostałem spenetrowany cały od stóp do głów z uwzględnieniem nawet kostek. Mógłbym alkohol wnieść ! Wódz pozwolił na spakowanie swoich rzeczy. Następnie przydzielono mi ochronę - bym tablet w depozycie zostawił. Odległość duża, bo od miejsca w której staliśmy do depozytu - dwa metry. Mógłbym na tablecie na koncert odlecieć. Ochroniarz zadał kolejne pytanie - Masz 20 zł ? Bo płaci się z góry. Pojąłem wówczas, że nie mogę liczyć się z poziomem dyskusji mistrza. Nawet za mnie zwrócił się do kobiety w depozycie - Mam tu człowieka, co ma za depozyt zapłacić. Doglądał nawet jak płaciłem za swój sprzęt. Dopiero wówczas odszedł, zmierzył mnie raz jeszcze wzrokiem bazyliszka i udał się do swojej groty - między drzwiami wejściowymi a wejściem na koncert. Jako nagrodę za wysiłek otrzymałem świstek, który miał dać mi szansę odzyskać sprzęt. Na malutkim rachuneczku z tyłu wyrzeźbione smutne "3". Skrawek papieru dobrze schować musiałem, inaczej mógłbym już więcej nie zobaczyć swojego narzędzia pracy.

W malutkiej kanciapce stał szef ochrony. Zdanie swoje wyraziłem. Opowiedziałem pobieżnie i pokrótce - popatrzył, pokiwał głową. Zapewne nie słuchał. Był bardzo zajęty. Kolejny normalny dzień w warszawskim byłym studenckim klubie. Oby do końca. Oby do zamknięcia. A kto za to wszystko płaci ?

Trwa ładowanie komentarzy...